W pierwszym dniu pracy w kancelarii do mojego pokoju weszła jedna z radczyń prawnych. Bez zbędnych ceregieli zapytała „Chcesz napisać pozew? Sprawdzę Ci go potem i razem omówimy”.
Jasne… Przecież temu służą aplikanci w kancelariach, żeby robić robotę za radców, pomyślałam. „Tylko nie myśl, że go do czegoś potrzebuję”, usłyszałam jednak zanim moja myśl zdążyła wybrzmieć. „Pismo jest już złożone, ale pomyślałam, że to dobry casus do nauki”…
To nie jest felieton o mentoringu, coachingu i technikach mentorskiego mindsetu. Jeżeli jesteś tym zainteresowana, znajdziesz setki pozycji branżowych. Dzisiaj chcę opowiedzieć o tym, że bezinteresowne uczenie innych jest nieprawdopodobnie satysfakcjonujące, a w kontekście kobiecej solidarności nieodzowne!
Mówię to z perspektywy osoby zarządzającej organizacją, ale i ustawicznie się uczącej. Znają tę radość rodzice, znają nauczyciele, ale zapewniam, że tak samo działa w relacjach biznesowych – nie ma nic lepszego niż patrzenie, jak ktoś wzrasta dzięki Tobie, postępuje według Twoich wzorców, stosuje Twoje sztuczki i przekazuje je dalej.
Świadomość inspirowania innych osób, przekazywania im swojej wiedzy i patrzenia, jak z niej korzystają, przynosiła mi zawsze radość, graniczącą z lodami kokosowymi.
No ale, jeżeli tak jest, to dlaczego nie wszyscy tak postępują?
No cóż, powodów jest kilka. Pierwszym i chyba najbardziej pospolitym jest zwykła obawa o swoją niezbędność w organizacji. Ludzie niepewni siebie napawają się swoją wartością porównując się do tych mniej doświadczonych. Wręcz potrzebują ich jak kania dżdżu, aby budować swoją wartość. W teoriach mentoringu przewija się historyjka o tym, jak CEO jednej z dużych korporacji powiedział kiedyś do dyrektora HR – „znajdź w naszej organizacji najzdolniejszego młodego, który ma potencjał, żeby mnie zastąpić i zwolnij go”.
Innym powodem, dla którego mamy obawy wstąpienia w rolę nauczyciela, jest brak wiary we własne umiejętności. A przecież absolutnie zawsze jest coś, co robiłaś już setki razy w tej firmie i możesz podzielić się tym z nowicjuszem, który właśnie zabiera się za odkrywanie koła. John Maxwell, guru mentoringu, twierdzi, że każdy człowiek potrafi coś, czego nie potrafi 10 tysięcy innych osób (nie pytajcie mnie, jak to wyliczył). To może być rada, jak poradzić sobie z firmowym systemem do prowadzenia projektów, podsunięcie książki która pomoże się wdrożyć, udostępnienie dobrego draftu prezentacji, czy wreszcie to najcenniejsze – twój czas, który możesz podarować, siadając obok i mówiąc „zobacz, jak ja to robię”.
Tak działa świat od zarania. Sokrates uczył Platona, a Platon Arystotelesa. Matka pokazuje córce jak zagnieść ciasto na szarlotkę, by potem ze wzruszeniem obserwować, jak robi to jej wnuczka.
Jeżeli coś robisz i robisz to naprawdę dobrze, to zabierz ze sobą kogoś, pomnóż swoją wartość. Nie czekaj, aż zostaniesz poproszony o pomoc. Niektórym trudno to przychodzi. Są oczywiście duże korporacje, gdzie coaching jest wpisany w kulturę organizacji i każdy ma swojego mentee do wyszkolenia. Ale naprawdę nie jest potrzebny specjalny program, by odczuwać radość mentora.
Twoja nawet niewielka pomoc może uratować czyjś dzień. Możesz wpłynąć na czyjąś decyzję o poddaniu się w tym, co robi. Zwątpieniu bądź zbudowaniu wiary w siebie. Możesz zmienić bieg wypadków.
Jest tylko jeden warunek. Nie oczekuj nic w zamian.
Bo jak powiedział chiński filozof Lao Tzu „Kiedy praca najlepszego mentora zostaje zakończona, ludzie mówią, że zrobili to sami” 🙂
Czego możesz dzisiaj kogoś nauczyć?