Przeczytałam niedawno artykuł, w którym doświadczony psychoterapeuta ubolewał, że wielu ludzi jest skłonnych porzucić dobry, co do zasady szczęśliwy związek, dla pozyskania czegoś nowego, czego im obecna relacja nie daje. Poproszeni o oszacowanie wagi owego niedostatku dla ich relacji, wskazują zwykle około 20%, ale to przecież wyjątkowe 20%, podkreślają. Nie zakładają w danej chwili, że w nowym związku z czasem wyłoni się inne 20, a może nawet 30% „jednostek niedopasowania”. W dalszej części wywodu niebezpiecznie wkraczającej w obszary algebry, krystalizowała się konkluzja, że nie ma relacji stuprocentowo idealnych i że jeżeli ta brakująca do szczęścia część jest stosunkowa niewielka, to może warto o nią jednak zawalczyć w ramach  aktualnego związku.

Co to ma wspólnego z karierą? Może wkładam kij w mrowisko, ale dla mnie to jest właśnie tok myślenia wielu osób, decydujących się zmienić pracę. Od lat siedzę po przeciwnej stronie biurka i co jakiś czas prowadzę tę samą rozmowę. Spodziewam się, że poziom stresu u pracownika jest wówczas na tyle duży, że marzy tylko o tym, żeby po prostu położyć na stole wypowiedzenie, zamknąć drzwi i wyjść. Ale nie ma co ukrywać, nawet najbardziej racjonalne powody odejścia dobrej osoby są dla szefa ukłuciem w serce. Powinny być. Dla mnie są. 

Więc zaczynam dopytywać – dlaczego, czego zabrakło, czy wyczerpaliśmy wszystkie obszary do rozmowy, co miałoby, mogłoby, powinno się wydarzyć, żebyśmy mogli dalej razem pracować. Rozmowa nie jest wygodna. Szczególnie dla kogoś, kto już mentalnie podjął decyzję, a tu trzeba się tłumaczyć. Ale tak słowo po słowie, skutek po przyczynie, niejednokrotnie udaje się dojść do sedna niedostatku. Często kompletnie nieoczywistego, zupełnie innego niż ten oficjalny powód, który idzie na pierwszy front. Jak to możliwe? 

Dzieje się tak dlatego, że artykułujemy powód, który jest już de facto rozwiązaniem, a nie źródłem problemu. Mówimy o pieniądzach, a nie o tym do czego ich potrzebujemy, o pracy zdalnej a nie o potrzebie opieki nad chorą matką, o nauce języka obcego a nie o woli podróżowania. Wskazujemy na dodatkowe szkolenia a nie na chęć przebranżowienia, na pracę z klientem obcojęzycznym a nie na potrzebę konwersacji językowych, podnosimy zadaniowy czas pracy zamiast powiedzieć, że potrzebujemy mieć wolne wtorki. Itp. Itd. Ogólnie rzecz biorąc dostrzegamy gdzieś indziej rozwiązanie swojego problemu, swoich newralgicznych 20%. Nie widzimy możliwości na znalezienie ich u swego aktualnego pracodawcy, bo w naszej ocenie nie oferuje on aktualnie takiego rozwiązania.

Na przestrzeni dwudziestu lat odbyłam wiele takich rozmów. W obecnych czasach pieniądze nie stanowią już głównej determinanty zmiany pracy. Pewnie dlatego, że najłatwiej je zaoferować. Młode kobiety upatrują korzyści zupełnie gdzie indziej. Rozwój, nauka języków obcych, możliwość podróżowania, współpraca z zagranicznymi kontrahentami, możliwość pracy na 3/4 etatu, praca zdalna, szkolenia z zupełnie innych obszarów kompetencyjnych, karnet nie na fitness tylko na lodowisko dla dziecka. Można by długo wymieniać. Jasne, większość z tych rzeczy pewnie można sprowadzić do pieniędzy, które mogą zaspokoić większość potrzeb. Tyle tylko, że nie mamy na to czasu, a sam fakt łatwego dostępu bezpośrednio w miejscu, w którym i tak spędzamy już 8 godzin dziennie, jawi się właśnie jako to nasze brakujące 20%. 

No i tu dochodzimy do sedna problemu. Dlaczego myślimy, że łatwiej jest zmienić dobrą pracę na „lepszą”, niż spróbować wynegocjować w obecnej benefit, na którym nam zależy?

Myślę, że my kobiety poddajemy się zbyt szybko i zbyt łatwo. Nie lubimy ryzyka. Zrobimy wszystko, aby uniknąć rozczarowania i upokorzenia. Nie lubimy odczuwać emocji, których odczuwanie nie jest fajne. Łatwiej jest wyjść i zacząć z nową kartą. I pewnie tak by było, jeżeli nie uwzględnimy późniejszej korekty na conajmniej 20% 🙂 

No więc co, powiecie, tak tkwić w pracy, która nie daje do końca satysfakcji? 

Nie podejmę za nikogo decyzji. To Twoje życie. Ale jeżeli masz dobrą, stabilną pracę, którą lubisz, gorąco namawiam, żeby jednak pójść najpierw do aktualnego pracodawcy i powiedzieć na przykład tak – dobrze mi się tu pracuje, lubię to co robię, ale tak naprawdę coraz częściej myślę, że chciałabym spróbować swoich sił w grafice. Zapisałabym się na kurs, ale potrzebuję do tego dużo lepszego komputera. Czy byłaby taka możliwość, abym zmieniła swój służbowy na nowszy i czy mogę liczyć na sfinansowanie takiego kursu przez firmę? A może z czasem mogłabym zacząć robić proste prace graficzne dla naszego działu?

Najgorszy scenariusz, jaki może się zdarzyć, jest taki, że usłyszysz odmowę. Jestem jednak pewna, że nikt nie będzie Ci miał za złe tej śmiałości. Wiem za to, jaki może być najlepszy finał tej historii. Jeżeli jesteś istotną dla firmy osobą, a Twoje brakujące 20% nie jest z kosmosu, to może się okazać, że bez większego problemu je otrzymasz. Może dasz się poznać jako osoba, która potrafi zawalczyć o siebie. Osoba, którą warto mieć po swojej stronie. Z odwagą, której warto pomóc.

Nic nie tracisz. Masz już przecież plan B. Wypisujesz się, zamykasz drzwi. Adieu! 

Możesz też jednak zdecydować, że najpierw podejmiesz próbę zawalczenia o coś, na czym Ci zależy, tu gdzie jesteś. Tu, gdzie masz już dobre stabilne 80%. Gdzie Cię znają i cenią. Gdzie nie musisz stawiać na szali wszystkiego. Nie musisz zaczynać od nowa. Możesz za to udowodnić, że Twoje brakujące 20% to również 20% inwestycji w Ciebie, które zwróci się z nawiązką. Przełożeni docenią Twoją szczerość. Będą zbudowani zaufaniem, jakie im okazałaś, mówiąc otwarcie, na czym Ci zależy. A jeżeli uczciwie powiesz, czym się kierujesz, to nie wykluczone, że nawet gdy zdecydujesz się odejść, prawdopodobnie będziesz miała, gdzie wrócić. A to już komfortowy plan C.

A zatem porozmawiaj najpierw o Twoich 20%.

Daj sobie szansę na 100 🙂